wtorek, 5 stycznia 2010

Poświątecznie, noworocznie...


... i przede wszystkim podługoprzerwowo, jak zwykle (:

Jak zwykle z opóźnieniem, ale wszystkiego naj w Nowym Roku, robaczki. Żeby było lepiej. Jeśli macie jakieś postanowienia, niech zostaną dotrzymane. Przecież Wy lepiej wiecie, czego najbardziej potrzebujecie :))

A tak ode mnie? Kolejny rok - a ja nie czuję się jakoś inaczej. No, może kićka mi się data i z maniakalnym uporem piszę "2009". Albo mam tę świadomość, że to łosiemnastkowy rok i że ja też stanę się dorosła. Cha - dorosła!
Pewno tylko teoretycznie. W końcu jesteśmy tak młodzi, jakimi się czujemy.








Jako że to blog tematyczny, to tak na temat bałdziej. Plecy są w porządku, mogłyby tylko przestać boleć. Ale mam już legalne pozwolenie na zdejmowanie go na godzinę dziennie ale ciiii, Wy nie wiecie, że nie noszę go średnio 4-5 godzin, prawda?

Doszłam do wniosku, że zapisanie się do WOPRu było jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęłam. Jest całkiem w pytę. Jest śmiesznie, jajo-dechowo, są sińce, otarcia i banany, i na-mosty, i bycie podrzucanym jak lalką, kiedy jest się takim dziewczyńskim chuchrem w grupie, i w ogóle jest fajno ;D


Z drugiej stronę jestem nieco zła, bo chyba mój códny bżóh usiłuje powrócić do swego chorego stanu. W święta dopadł mnie, ekhem, wątpliwy zaszczyt zetknięcia się z Pawiem Mocy. Bżóh okazał się zbyt słaby na świąteczne jedzenie i ów Paw sprawił, że żebra sprawiają po nim wrażenie pękniętych. To byłoby śmieszne, złamać sobie w ten sposób żebro, ale na szczęście raczej są całe, acz bolą jak... hu-hu, taki skrzywdzony :D
W piątek będzie wizyta w Zabrzu, dostanie się big opeer od doktora, hm. Oby tylko nie dać się zapuszkować w szpitalu, o nieee, tak być nie może.

Jeszcze dręczy mnie jakiś cholerny pech. Niemalże czego się nie dotknę, wyjść nie chce. Chyba tylko satysfakcja na basenie mnie jakoś trzyma w kupie. I kochany podręcznik do ruskiego, który się rozlatuje, jest stary i żółty, a ja potrafię go gładzić wręcz z czułością. I rozmowy. I ten maniakalny upór, że wreszcie musi być dobrze. I dużo planów, ze świadomością, że będzie wiosna.
O, a wydawało się tak beznadziejnie. Metoda: zrób tabelkę. Po lewej: co jest do dupy, po prawej: co mam. Poczujmy się jak Robinson Cruzoe.
Sinusoida. To takie ładne słowo.


Lubię optymistyczne zakończenia, a więc coś może wymyślę. O, jest. Zdałam z fizyki i to z tróją, i nawet mój zeszyt ze swoimi wszystkimi pysiorami, pysiorami i jeszcze raz pysiorami, i obrażającymi fizykę tekstami na marginesach tego nie zniweczył. To, że niecnie dałam przy odpowiedzi panu pSOrowi zeszyt koleżanki, jest nieistotne, czyż nie? (:

środa, 2 grudnia 2009

Sysysy!


Będzie krótko.

Zanim jednak dojdziemy do tego krótko-krótko, napomknę, jaki był finał mojego rozwalenia się gorsetu. W opisie weekendu powinny znaleźć się wyrażenia typu "końskie dawki tabletek przeciwbólowych" - jednak ich nie użyję, bo unikam tych zabijaczy-bólu jak ognia. No, może nie, bo lubię wtykać wścibski paluch w płomień świecy albo gapić się w rozgderane płomienie w kominku, albo poskakać przez ognisko i potem śmierdzieć dymem :D.
W każdym razie dwie i pół doby tak nagle bez plastiku były przekoszmarne. Dotąd pracujące tylko podczas ćwiczeń i pływania mięśnie napuchły niemożliwe. Ale to nic. Najgorszy był ból, zwłaszcza w niedzielę. Po południu już nawet leżałam na podłodze w salonie, nie mogąc znaleźć sobie niebolesnej pozycji. Czy stałam, czy chodziłam, czy siedziałam, czy pływałam, czy się rozciągałam, wszędzie ból. Zadziwiające, że aż mnie zemdliło i no. Miałam nawet zakwasy w udach w poniedziałek.
Okropna niedziela z wieczorem przeleżanym na boku, z tępym gapieniem się w ścianę. Ale gorset został naprawiony, miły pan pomocnik przesunął pelotę i... Cycuś. Nawet dwa.

I skaczemy do gównego tematu.
Wczoraj byłam na wizycie. Z nowych ćwiczeń i przesunięcia peloty byłam zadowolona, bo kręgosłup na serio jest lepszy, nawet w pechowy łikend się nie skrzywił.

Na początku było prawie 40 stopni. Potem 28. W marcu 25.
Teraz kurfa 21.
Jestem kurfa zajebista :D

W każdym razie tak się czuję.
Toż mi nie dawali szans na jakąkolwiek poprawę, chcieli wpakować we mnie druta (bez skojarzeń proszę), a tu taki zonk! Hyhy ;D

piątek, 20 listopada 2009

мир кончается?


W tytule zadałam sobie pytanie, czy kończy się świat. Też sobie odpowiem: "Nie".
Tylko gorset zakończył swój żywot. Z trzaskiem. Dosłownie :D
ZwieŻę się: na początku listopada dostałam nowe ćwiczenia i baardzo się przyłożyłam. Część była w gorsecie i polegała na czymś, co lubię nazywać "wypełnianiem dziury". Jak się z całych sił nabiera powietrza i próbuje rozepchać plastik, ten w końcu może... nie wytrzymać, prawda? ;D

No, ten koniec żywota może nie aż tak dosłownie-dosłownie. Pękło tylko zapięcie, ale fakt faktem, że mam łikend bez mego faking-frienda to akurat niedosłownie. Niby fajnie - ale będę miała po tych dwóch dniach RTG, zanim pojadę do naprawy. I znając życie, mimo że ponad 2 lata ćwiczę z wywalonym jęzorem, wszystko pójdzie się kochać.

W sumie, trudno. Jak mam się skrzywić, to choćbym się..., no, to nic na to nie poradzę. Muszę być dobrej myśli, że jednak kręgosłup się utrzyma (:


I tu chyba wyczerpałam swoją chęć do mordkowania iksdeami i czym tam jeszcze. Świat się nie kończy. Ale sprawia wrażenie, jakby co prawda niezbyt poważnie, ale jednak to rozważał. Nawet nie chodzi o ten rozwalony gorset. Po prostu...
A, dópa-dópsko kupa siki i cycki, jak podobnie mawia klasowa kumpela.

Zastanawia mnie, czemu życie jest tak krzywą, niedorobioną sinusoidą. Gdyby było serio sinusoidalne, toczyłoby się wedle oklepanego "Raz na górze, raz na dole" czy jak to z tym wozem. A tak to te dolne, złe wychylenia są jak Rowy Mariańskie (miałam napisać "Mariackie", nie wiedziałam, czy Mariańskie przez i czy jot; już nawet myślenie mi nie idzie?), a te górne - jak pojedyncze, nigdy równie duże, igły. Na ogół są wręcz depresyjnie, geograficznie rzecz biorąc.

No, bo jak: dobrych parę lat dziadostwa, w dobrym wypadku podrygów szczęścia; potem raptem 3-4 miesiące serio przyjemnego życia; a potem co? Dupa.

Dupadupadupa i tu znów niedosłownie.

Nawet nie chce mi się już udawać, że Wszystko Jest W Porządku, Tak, Jestem Tylko Zmęczona-Nie Wyspałam Się, Dlatego Tak-A Bo Coś Tam-To Nic Poważnego. Nie chce mi się. Po prostu już nawet do tego tracę serce.
Chaotycznie. Ale myśli zebrać się nie mogą.

Czego się nie dotknę, nie wychodzi. Nawet chodzenie nie wychodzi (litościwego chętnego zatrudnię do amputacji mojej jehnrhceiuch nogi, kalekiej od prawie dwóch miesięcy).

Ale, takie pieprzenie w bambus też niczego nie zmieni. Wiem, że w końcu będzie lepiej. Tylko coraz bardziej dobija mnie to, że na wszystko trzeba czekać - a wielu rzeczy się nigdy nie doczekuje.
Tyle że coś w tym życiu jest. Skoro jest takie podłe, to jednak te dobre chwile muszą być wystarczająco dobre, żeby nas trzymać na świecie. Ani myślę rezygnować z życia, brr!, nie!, jest zbyt cenne!
Tylko kiedy już z samym sobą nie można wytrzymać, to robi się bardzo nieciekawie... Nasz umysł, ciało są serio ostatnimi rzeczami, które serio do nas serio należą tak serio.


A, co tam. Na zakończenie jednak będzie weselej. Moje pojedyncze białe włosy nabierają śmiałości i zaczynają się pokazywać. I o dziwo mnie to wcale nie wadzi. Wręcz jestem ciekawa, jak będą wyglądały za rok, bo na razie tworzą jedno pasemko. Może być ciekawie, rudawy łeb i takie białe cóś :P

piątek, 23 października 2009

Trzeba wdusić F5...


No bo pod F5 kryje się odświeżenie. A trochę zaniedbałam to miejsce, wybaczcie. Nie zasłaniam się brakiem czasu wywołanym szkołą, o nie – nie jestem już taką masochistką, aby marnować wszystkie cenne chwile żywota na naukę. Spędzić wieczór nad zeszytami? Zapomnieć. Zarwać noc przez naukę? Ble. Uczyć się fizyki...?

Pff.

Nie znaju, kak ja mogła tak diełac...

Myślę nad „zmodernizowaniem” swego bloga, jako że na płaszczyźnie kręgosłupowej mało co się zmienia. Jestem magnesem na różne świństwa i zagrzybiałych samców w mocno zaawansowanym wieku, ale to zbyt fuj-fuj, a kysz! te szatany ode mnie D: , więc nie będę już monotematyczna :)


Jak wspomniałam, z częścią ciała powyżej eufemistycznych czterech liter bez zmian, no, poza tym, że zaczynam odstawiać swoje plastikowe dziadostwo. Na razie godzina dziennie, przecież nie mogę się w tym kisić, toż to mięśnie tułowia w ogóle nie pracują... A w wakacje podczas pasażu (seria zdjęć RTG) wyszło, że nic nie da się zbadać w mym brzuszysku, bo narządy są po prostu ściśnięte i kópę widać.

Ale ci, których władowali w gorset, niech się nie zniechęcają, bo nie ma czegoś bez niczego. Myślę, że lepiej mieć sardynkowaty układ narządów wewnętrznych (co w życiu nie wadzi, o ile się akurat tam nie zachoruje), niż się zgiąć pod kątem 90-ciu stopni :D

Poza tym plastik kształtuje sylwetkę. I pomaga, nu.

Napisałam o problemach z brzuchem. Cóż, w wakacje wykryto mi zespół Crohna, co pozostawię bez barwnych szczegółów. Byłam na sterydach i w sumie nadal powinnam być, ale tyje się przez to kupstwo jak nie wiem co. Odkąd dołączyłam do nich inne leki, przeciwzapalne, chyba zapadłam na prawie narkolepsję. Efekty leczenia? Brzuch uspokojony, żebra przez pewien czas przeboleśnie potłuczone, wagi się nie zmniejszyć i śpię na lekcjach D: Prawie kładę się w ciapongu. Resztkami silnej woli trzymam się w pionie, ale wszystko chce mi lecieć z rąk. Przeskupiam się na lekcji chemii, którą chcę zrozumieć – a gdzie tam, wszystko się rozmywa przed oczami, a głos dobiega tak, jakby omotano mi głowę prześcieradłem. Tej senności się nie da powstrzymać, wrr.

Jeszcze się trochę lękam, że będę miała kolejny rzut, bo ostatnio coś się czuję nie-ten. Umiem przeżyć dzień na dżogarcie z płatkami, trzech owocach w szkole i połowie kalafiora, i się czuję jak raz po weselu, kiedy nie mogłam chodzić z przejedzenia. Czasem aż zgina mnie od dziwnego kłucia bólu w brzuchu.

Ale tfartym tsza bydź, njepottam siem, fkonidzó rzyće jest tylko jedno :))


Mimo tej senności od pewnego czasu rozpiera mnie energia. Chcę robić tak dużo rzeczy i żałuję, że dzień nie ma 69 godzin. Nie no, żart, wtedy miałabym dopiero jakieś 6 lat... Ale czasami przydałoby się tak zatrzymać czas, żeby w ciągu dnia upchnąć to, co się chce zrealizować. Jeszcze ogarnął mnie iście bojowy nastrój, sysysy.

Tak raczej optymistycznie kończę dzisiejszy wpis: niech moc będzie z Wami i nie poddawać się, niezależnie, w jakiej kwestii (: